Poziom podstawowy — solidny, przewidywalny, bez fajerwerków
Egzamin podstawowy odbył się w środę 6 maja. 120 minut, 60 punktów do zdobycia, próg zdawalności jak zawsze 30%, czyli 18 punktów. Format — dobrze już znany: rozumienie ze słuchu, czytanie, środki językowe i krótki tekst użytkowy.
Pierwsze wrażenia uczniów były zaskakująco zgodne. Ktoś wyszedł po 45 minutach z przekonaniem, że to „setka”. Inni mówili wprost — „prosty, nic zaskakującego, nie przygotowywałam się”. Z perspektywy nauczyciela to obraz dość klarowny: arkusz trzymał się tego, czego wszyscy się spodziewali, i nie próbował nikogo podpuścić nietypowym słownictwem ani egzotycznymi konstrukcjami.
Tematem maila — czyli zadania, które zwykle wzbudza najwięcej emocji — była wizyta w miejscu, w którym uczeń był ostatnio jako dziecko. Trzeba było opisać to miejsce, wyjaśnić, dlaczego się tam wróciło, co się zmieniło i jak tam dotrzeć. Genialny temat dla maturzystów, bo każdy ma jakieś takie miejsce — babcine podwórko, dawne osiedle, plac zabaw, do którego się chodziło. Nie trzeba było wymyślać niczego skomplikowanego, można było napisać o tym, co się rzeczywiście pamięta. Słownictwo? Codzienne. Konstrukcje? Past Simple, Present Perfect, kilka przymiotników opisujących zmianę. Nic, czego solidny uczeń na poziomie B1 by nie znał.
W rozumieniu tekstów pisanych pojawił się m.in. tekst o słynnym żaglowcu Cutty Sark — rzecz historyczna, ale opowiedziana przystępnie, z zadaniem typu „dopasuj nagłówek”. To wymaga bardziej myślenia niż znajomości słówek, więc tutaj uczniowie myślący o tekście jak o całości radzili sobie znacznie lepiej niż ci, którzy szukali pojedynczych słówek-kluczy.
Czy były pułapki? Tak, dwie, ale obie raczej techniczne niż językowe. Po pierwsze — nagrania w słuchaniu znów leciały w tempie, do którego uczeń ze szkoły średniej nie zawsze jest przyzwyczajony. Drugie — jakość dźwięku w niektórych szkołach (zwłaszcza tam, gdzie egzamin pisze się na sali gimnastycznej) potrafi być… powiedzmy delikatnie, że pogłosowa. To problem, który wraca co roku i nie jest winą maturzysty.
Po trzecie, i to w sumie zaskoczyło mnie najbardziej — część uczniów miała problem nie z tym, że nie umiała napisać maila, tylko z tym, że nie potrafiła się zmieścić w limicie słów. Jedni nie mogli wycisnąć z siebie 100 słów, inni odbijali się od sufitu 150. To pokazuje coś, o czym mówię na korkach od lat: pisanie pod konkretną długość to osobna umiejętność, którą trzeba wyćwiczyć z zegarkiem w ręku.
Poziom rozszerzony — i tu zaczyna się ciekawiej
Czwartek 7 maja, 9:00, 150 minut, ponad 259 tysięcy maturzystów. Dla wielu z nich rozszerzenie z angielskiego to przepustka na filologię, prawo, stosunki międzynarodowe, ekonomię — kierunki, na których progi są ostre i każdy procent się liczy.
I tu też usłyszysz od uczniów, że było „spoko”. Większość wyszła z sal z uśmiechem. Ale uwaga — rozszerzenie i podstawa to dwa różne światy, a „spoko” na rozszerzeniu nie znaczy „90%”. Tu liczy się każdy detal: dokładność gramatyczna, bogactwo leksykalne, struktura wypowiedzi, rejestr.
Najwięcej rozmów krążyło — jak co roku — wokół dłuższej wypowiedzi pisemnej. Maturzyści mieli do wyboru dwa tematy:
Pierwszy — rozprawka o zwiedzaniu Europy koleją, z wadami i zaletami tego środka transportu w podróżach zagranicznych. Temat na czasie (Interrail przeżywa renesans wśród młodych), więc każdy mógł powiedzieć coś sensownego z własnego doświadczenia albo z tego, co widział na TikToku. Z punktu widzenia struktury — klasyczna „for and against essay”, którą każdy korepetytor przerabia z uczniem na trzecich zajęciach.
Drugi — artykuł do gazety o wyjściu na wydarzenie sportowe, z uzasadnieniem, dlaczego lepiej oglądać sport na żywo niż przed telewizorem. Tu zadanie było bardziej wymagające stylistycznie. Artykuł rządzi się swoimi prawami — potrzebny jest chwytliwy tytuł, lead, który wciąga, dynamiczny język, jakieś osobiste „ja”, które prowadzi czytelnika przez tekst. Uczniowie, którzy przerobili z nauczycielem różnice między artykułem a rozprawką, mogli na tym temacie zdobyć komplet 13 punktów. Ci, którzy potraktowali artykuł jak zwykłą wypowiedź — niestety stracą sporo na elementach formy.
Co do reszty arkusza: rozumienie ze słuchu (około 30 minut nagrań) sprawdzało nie tylko wyłapywanie informacji, ale też intencję mówiącego, ironię, niedopowiedzenia. Czytanie operowało dłuższymi tekstami z bardziej wymagającym słownictwem. A środki językowe — transformacje, słowotwórstwo, uzupełnianie luk — to klasyk, który rozdziela uczniów myślących o gramatyce systemowo od tych, którzy uczą się reguł na pamięć.
Czyli ostatecznie — łatwo czy trudno?
Zaryzykuję taką ocenę: podstawa była łatwiejsza niż zwykle, rozszerzenie było uczciwe i przewidywalne. CKE w 2026 roku nie próbowała nikogo zaskakiwać. Trzymała się formuły, dobierała tematy bliskie życiu nastolatka, nie sięgała po słownictwo z rejonów akademickich.
Ale „łatwy arkusz” to broń obosieczna. Bo jeśli matura jest łatwa dla wszystkich, to w rekrutacji liczą się dosłownie pojedyncze procenty. Próg zdawalności to jedno — przejść 30% to dziś dla większości maturzystów formalność. Ale jeśli marzy ci się prawo na UJ-ocie albo lingwistyka stosowana na UW, to musisz być w czołówce. A w łatwym arkuszu czołówka jest bardzo, bardzo gęsta.
Mam też taką refleksję ogólną: tegoroczne arkusze pokazują dobitnie, że matura z angielskiego coraz mniej sprawdza znajomość języka, a coraz bardziej — umiejętność pracy pod presją czasu, szybkiego czytania ze zrozumieniem i precyzyjnego pisania w narzuconym formacie. Uczniowie, którzy „znają angielski”, ale nigdy nie usiedli do całego arkusza z timerem, potrafią wpaść w panikę nawet na łatwym teście. Z drugiej strony uczeń z solidnym B1+, który robił pięć arkuszy z rzędu pod okiem korepetytora, na rozszerzeniu zdobywa 75-80% bez większego wysiłku.
Co z tego wynika dla przyszłorocznych maturzystów?
Jeśli czytasz to i jesteś w klasie maturalnej 2027 — kilka rzeczy, które warto wziąć z analizy tegorocznej matury.
- Po pierwsze, nie daj się zwieść narracji o „łatwych arkuszach”. Co roku ktoś pisze, że było łatwo, i co roku znajdzie się ktoś, kto zdał na 40% i nie rozumie dlaczego. Łatwy arkusz nie istnieje dla osoby, która do niego nie usiadła wcześniej kilkanaście razy.
- Po drugie, ćwicz pisanie pod konkretną długość. Mail na podstawie ma się zmieścić w ok. 100 słowach (z lekkim luzem), wypracowanie na rozszerzeniu — w przedziale 200-250 słów. To jest umiejętność techniczna i można ją wytrenować w miesiąc.
- Po trzecie, słuchaj angielskiego inaczej niż tylko jako tła do scrollowania TikToka. Słuchaj świadomie — podcasty, BBC, audiobooki na zwolnionym tempie, potem na normalnym. Tempo nagrań na maturze jest takie, jakie jest, i nikt go dla ciebie nie spowolni.
- Po czwarte — i to chyba najważniejsze — naucz się pisać artykuł, rozprawkę i list formalny. Nie „znać angielskie słówka”, tylko właśnie pisać. Każda forma ma swoje konwencje, swoje typowe zwroty, swoją strukturę. Maturzyści, którzy zaniedbują pisanie i wszystko stawiają na słownictwo, regularnie przegrywają z tymi, którzy pisali jeden tekst tygodniowo przez ostatni semestr.
Tegoroczna matura była dla wielu uczniów miłym zaskoczeniem. Mam jednak nadzieję, że dla tych, którzy startują w przyszłym roku, będzie czymś więcej — przypomnieniem, że na maturze z angielskiego nie wygrywa się znajomością języka. Wygrywa się dobrze przepracowaną formą i wytrenowanym tempem. A tego nie nadrobi się w tydzień przed egzaminem.
Jeśli zaczynasz przygodę z przygotowaniami do matury 2027 i potrzebujesz kogoś, kto pomoże Ci usiąść do tego konkretnie i mądrze — skontaktuj się z wykwalifikowanym nauczycielem. Im wcześniej zaczniesz pracować nad pisaniem i tempem, tym mniej stresu na wiosnę.