Tegoroczną maturę z angielskiego mamy już za sobą i — szczerze mówiąc — emocje opadły zaskakująco szybko. Nie było histerii w mediach społecznościowych, nie było zbiorowego szoku, nie było „zemsty CKE”, którą maturzyści wieszczą sobie co roku w marcu. Zamiast tego — zdjęcia uśmiechniętych nastolatków wychodzących z sal pół godziny przed czasem i komentarze w stylu „nawet się nie uczyłam, a poszło”.
Ale czy to znaczy, że arkusze były naprawdę proste? Jako anglista, który od lat ogląda te testy z bliska (i poprawia setki próbnych wypracowań w sezonie), mam tu kilka refleksji, które warto rozłożyć na czynniki pierwsze. Bo „łatwo” to słowo zdradliwe — szczególnie kiedy mówi się o nim w kontekście egzaminu, który decyduje o przyszłości młodych ludzi.